Paulinka Wiciejowska przyszła na świat 26 czerwca 2002 roku. Już w pierwszej dobie jej życia rozpoznano u niej chorobę - atopowe zapalenie skóry. Przez pierwsze miesiące - kiedy dziewczynka była karmiona jedynie mlekiem mamy - choroba nie dawała widomych oznak. W momencie rozszerzania diety u Paulinki zaczęły występować niepokojące objawy takie, jak bolesność brzuszka, wypryski na skórze. - Paulinka właściwie nie mogła nic jeść. Miałam zeszyt, w którym zapisywałam, co jej szkodzi - rozpoczyna swoją opowieść mama dziewczynki.


    Początkowo lekarz pediatra zbagatelizował objawy choroby. Tłumaczył, że to typowe dla małego dziecka i samo z wiekiem przejdzie. Przepisał maści i lek antyhistaminowy. Na początku stosowania leków objawy szybko ustępowały, jednak z czasem pojawiały się w zaostrzonej postaci na rozległych obszarach skóry w postaci bardzo swędzącej wysypki. - Lekarz stwierdził, że nie ma co jej ich przepisywać, bo pomagają na chwilę. Paulinka nie mogła spać w nocy. Często budziła się, rozdrapywała rany, płakała - opowiada kobieta.

Choroba powracała

    Dziewczynka nie mogła spożywać bardzo wielu produktów, choć bardzoPaulinka Wiciejowska      Fot. Ł. Korzeniowski pragnęła je jeść tak, jak jej starsza siostra. Z tego powodu była bardzo rozdrażniona i pobudzona. - Po pomoc udaliśmy się do alergologa i dermatologa, jednak badania i testy nie wniosły niczego istotnego. Prowadzący lekarz zasugerował wyjazd nad morze i częste kąpiele w wodzie morskiej. Pomimo trudności finansowych zastosowaliśmy się do tej sugestii. Podczas dwutygodniowego pobytu nad morzem, z dnia na dzień stan chorobowy ustępował, lecz bardzo szybko powrócił po przyjeździe do domu. Próbowaliśmy wielu środków farmakologicznych i kosmetycznych, lecz nie dawały zamierzonego efektu - wspomina mama Paulinki.

    Gdy stan dziecka był już bardzo zły, a dieta tak ograniczona, że mogła spożywać tylko kilka artykułów, rodzice dziewczynki próbowali leczyć ją ziołami. Na początku ich stosowania stan skóry się poprawiał, lecz już po 2-3 tygodniach wysypka pojawiała się na nowo. Przepisywane przez dermatologa maści sterydowe zamiast pomóc spowodowały zaostrzenie stanu chorobowego; zaistniało podejrzenie, że Paulinka jest uczulona na składnik leków antyalergicznych - hydrokortyzol. Lekarz specjalista (z 35-letnim stażem pracy w specjalistycznym ośrodku) bezradnie rozłożył ręce i wysłał dziecko do szpitala w Katowicach. W marcu 2006 roku Paulinka trafiła na oddział Dermatologii Dziecięcej, gdzie przebywała dwa tygodnie.

Czy kiedykolwiek zostanie wyleczona?

    - Doświadczenie wyniesione ze szpitala na długo pozostanie w mej pamięci - mówi kobieta. - Po tygodniu testowania na skórze dziecka maści, celem dowiedzenia niesłusznej tezy, że hydrokortyzol nie może uczulać i przecząc temu, co sama zaobserwowałam opiekując się dzieckiem, zaproponowano mi wyjście ze szpitala na własną prośbę. Nie zgodziłam się na to. Modliłam się i prosiłam Boga o pomoc w tak trudnej sytuacji.

   Państwo Wiciejowscy z córeczkami      Fot. Ł. Korzeniowski Po dwóch tygodniach Paulinka została wypisana ze szpitala w stanie dobrym, lecz po bardzo inwazyjnych lekach, z rokowaniem długotrwałego leczenia farmakologicznego i częstych powrotów do szpitala. Pani doktor nie umiała odpowiedzieć na pytanie, czy Paulinka kiedykolwiek zostanie na trwałe wyleczona, kiedy zacznie normalnie jeść i przesypiać noce. - Myślałam wtedy tylko o tym, co można jeszcze zrobić, by już nigdy nie przeżywać koszmaru szpitala? Byliśmy bardzo zmęczeni sytuacją, dotychczasowe noce były bardzo trudne z bardzo licznymi wybudzeniami dziecka pod wpływem bardzo dokuczliwego swędzenia skóry; częste nawoływania o pomoc wydawały się nie mieć końca. Na popękanej i podrapanej skórze tworzyły się sączące nadżerki. Aby nie dopuścić do zakażenia, co noc dziecko było bandażowane. Z czasem Paulinka nauczyła się jednak uwalniać z bandaży, rany powstawały na nowo. Jak można pomóc, gdy lekarze bezradnie rozkładają ręce? - ze łzami w oczach opowiada mama Paulinki.

Jak mówi mama dziewczynki, to nie był przypadek, że któregoś dnia w telewizji zobaczyła wywiad z ks. Michałem Bogutą z Wilamowic, który opowiadał o łaskach otrzymanych za wstawiennictwem św. Józefa Bilczewskiego. - Nie zwlekaliśmy z wyjazdem i dokładnie 3 maja 2006 roku przybyliśmy do kościoła w Wilamowicach, żeby przed obrazem św. Józefa Bilczewskiego powierzyć Panu Bogu swe cierpienia i oddać się w jego opiekę. Kiedy się tak modliliśmy, zobaczyła nas siostra Małgorzata, służebniczka NMP, i zapytała, w jakiej to intencji czynimy. Choć Paulinka była w bluzeczce z długim rękawem, siostra zapytała czy ona choruje na atopowe zapalenie skóry. Zostawiłam siostrze mój adres i jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku dniach otrzymałam od niej własnoręcznie napisany list z zapewnieniem o modlitwie w intencji naszej rodziny, oraz medalik z wizerunkiem św. Józefa Bilczewskiego dla Paulinki i "Cuda i Łaski Boże" poświęcone Świętemu. Od tej pory codziennie odmawialiśmy nowennę do św. Józefa, a Paulinka zaczęła nosić medalik - wyznaje kobieta.

Wszystkie objawy minęły

    Był to moment przełomowy w życiu Paulinki. Od tego czasu jej choroba zaczęła ustępować i z czasem bardzo ostrożnie zaczęła próbować jeść zakazane dotychczas słodycze i owoce. Jakież ogromne było zdziwienie rodziców, gdy Paulinka przyznała się, że zjadła w przedszkolu cukierka i jej nie zaszkodził. W lipcu 2006 roku odprawiona została Msza św. w intencji uzdrowienia Paulinki. - W sierpniu pojechaliśmy do Wilamowic. Kiedy siostra Małgorzata nas zobaczyła, powiedziała: jak dobrze, że jesteście i pozwoliła nam dotknąć rękawiczki Świętego. Zapewniła nas też o gorącej modlitwie za naszą rodzinę. Słowa, które wówczas wypowiedziała na zawsze pozostaną w naszych sercach: "jak św. Józef wziął was w swoją opiekę, to już was nie opuści, musicie tylko pogłębiać wiarę i modlić się".

    I stał się cud całkowitego uzdrowienia Paulinki za wstawiennictwem św. Józefa. Od tego momentu wszystkie objawy minęły. A córka zaczęła wszystko jeść...


Arcybiskup pomaga


    Mama Paulinki wyznaje, że uzdrowienie jej córki nie jest jedyną łaską wyproszoną za wstawiennictwem św. Józefa Bilczewskiego. - Inną łaską było to, że po ośmiu latach przebywania w domu z dziećmi znalazłam pracę. Teraz pracuję w szpitalu dziecięcym i muszę powiedzieć, że przypadku tak ciężkiego jak Paulinka nie widziałam. - Mój mąż także otrzymał upragnioną pracę, o którą bardzo się starał - mówi i dodaje: - Jesteśmy przekonani, że wszystkie te wspaniałe rzeczy, które wydarzyły się w naszym życiu, miały miejsce dzięki ogromnej łasce, płynącej od Boga za wstawiennictwem św. Józefa Bilczewskiego. Nie byłyby to możliwe bez głębokiej wiary i oddania się woli Bożej. Choć lekarze sceptycznie podchodzą do uzdrowienia Paulinki w obawie przed nawrotem choroby i przypominają o konieczności przestrzegania diety i dalszego kontynuowania leczenia farmakologicznego, my wiemy, że Bóg i św. Józef mają nas w swojej opiece i nas nie opuszczą. Ten stan utrzymuje się już ponad trzy lata. Paulinka jest zdrowa, może jeść wszystko i ślicznie gra na fortepianie. A łaski spływają...

źródło: http://www.cudaboze.pl/rozdzial.php?numer=4&rozdzial=4

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------