| Nic mnie nie boli -niemożliwe! |
|
|
|
| Środa, 19 Sierpień 2009 17:50 |
|
70-letni Julian Sołczykiewicz z Małych Kóz koło Bielska-Białej stał właśnie na drabinie i przykręcał żarówkę, kiedy pod jego nogami pękł metalowy szczebel. Mężczyzna upadł z wysokości 1,2 m na wyprostowane nogi. Przez dwie godziny w ogóle ich nie czuł - były jak martwe.
Lekarz z pogotowia, które niebawem przyjechało, chciał zabrać poszkodowanego do szpitala. - Nie chciałem z nimi iść, bo było mi wtedy troszeczkę lżej. Jednak po jakimś czasie ból znowu się nasilił - opowiada Julian Sołczykiewicz. Nic dziwnego, bowiem na skutek upadku z drabiny zmiażdżeniu uległy aż trzy kręgi.
Wypadek wydarzył się w 1990 r. i od tego czasu pan Sołczykiewicz musiał znosić prawie nieustanny ból. Próbował się leczyć u różnych lekarzy - w klinice, w ośrodku rehabilitacyjnym w Jaworzu, w Bielsku-Białej u lekarza z Rumunii i w Tychach u medyka z Białorusi. Kręgarz z Andrychowa zapisał mu specjalną maść. Nie było jednak żadnej poprawy. Julian Sołczykiewicz zaczął oswajać się z myślą o czekającym go wózku inwalidzkim. Sugerowali mu to zresztą sami lekarze. Co więcej - stan jego zdrowia systematycznie się pogarszał. - Nie mogłem chodzić, czasem trudno mi było pójść nawet za własną potrzebą - stwierdza.
Zupełnie przypadkowo Julian Sołczykiewicz zetknął się z nowenną do ks. abpa Bilczewskiego. Słyszał o nim już wcześniej od ludzi ze Lwowa. Był w tym mieście aż 13 razy, jeżdżąc przed laty na wczasy do Bułgarii i Rosji. - Potem także od swojego księdza proboszcza Walentego Brynczki z Kóz dostałem książeczkę z modlitwami za wstawiennictwem abpa Bilczewskiego. Wtedy było już ze mną źle. No i zacząłem się modlić. Modlił się systematycznie i żarliwie. Codziennie uczestniczył we Mszy św.- Pewnego ranka wstaję z tapczanu, a tu nic mnie nie boli. To było już w 2001 roku. Coś się stało, jakiś cud. "Nic mnie nie boli - niemożliwe" - pomyślałem. Próbuję wyginać się na wszystkie sposoby i nie czuję żadnego bólu - opowiada uzdrowiony mężczyzna. - Wcześniej chorowałem także na nerki, teraz wszystko ustąpiło, a nie brałem żadnych lekarstw. Pan Julian wiedział komu zawdzięcza zdrowie. Pojechał do Wilamowic, podziękować abp. Bilczewskiemu. - To był październik albo listopad. Później pojechałem na dzień św. Józefa. Kupiłem kwiaty i po Mszy św. wręczyłem je siostrze w zakrystii prosząc, by postawiła je przed ołtarzem Błogosławionego. Zapytała z jakiej okazji. Powiedziałem jej wówczas, że zostałem uzdrowiony. Na tym się skończyło. Dowiedziałem się potem, że wilamowicki proboszcz przez rok się modlił, żebym się odnalazł. Dawał nawet ogłoszenia po okolicznych parafiach, ale ja o tym nic nie słyszałem. Po roku znowu przyjechałem z kwiatami, i znowu dałem je siostrze, ale ona już mnie nie puściła, tylko zaprowadziła do proboszcza. - Po uzdrowieniu pojechałem do lekarza z Wilkowic, do którego wcześniej jeździłem i który powiedział, że czeka mnie wózek inwalidzki - opowiada Julian Sołczykiewicz. - Ksiądz proboszcz prosił mnie bym przywiózł opinię od lekarza. Dałem mu zdjęcia, ale on mnie nie poznał. Przywiozłem zdjęcia ze szpitali z dwóch lat. Zapytał wtedy: "gdzie jest ten facet, który to?" Odpowiedziałem: "to ja". Nie chciał mi wierzyć i strasznie się zdenerwował. Wyszedłem już z poczekalni, kiedy on wyskoczył za mną i krzyknął: "ja też w Boga wierzę". Ale opinii nie wystawił. Badania przeprowadzono w Krakowie - w pięciu (!) szpitalach. Obejrzano zdjęcia i udokumentowano nadzwyczajny powrót do zdrowia. Sprawa zajęła się potem konsulta lekarska i teologiczna i ostatecznie Watykan. Uzdrowienie - nagłe, całkowite i trwałe - uznano za cud. Dzięki niemu bł. ks. abp Bilczewski mógł zostać ogłoszony świętym. Kiedy wróciłem z Włoch po kanonizacji, otrzymałem wielki znak od abpa Bilczewskiego. W nocy zobaczyłem wielką jasność, której nie da się opisać. Wierzę, że to był dla mnie znak od mojego protektora u Boga. Jestem mu bardzo wdzięczny i każdego dnia modlę się za jego wstawiennictwem - mówi Julian Sołczykiewicz.
Małgorzata Pabis, Henryk Bejda źródło: Cuda i Łaski Boże |


