|
Budowę monumentalnej świątyni w Wilamowicach rozpoczęto w ... r. Za wzór wzięto wiedeńską katedrę św. Stefana. Przez ... lat - od chwili wybudowania nawy głównej - kościół wyglądał jednak dość pokracznie - brakowało mu jednego z najważniejszych elementów - wysokiej wieży. Kiedy w 1977 r. proboszczem parafii został ks. Michał Boguta, postanowił nadrobić ten brak i zrealizować do końca pragnienie parafian i samego abpa Bilczewskiego, który chciał żeby wilamowicki kościół był duży i gotycki. Dwa lata później ruszyły stosowne prace.
 W czasie, kiedy rozpoczynano budowę wieży, w parafii rozpoczęto również modlitwy o beatyfikację sługi Bożego ks. abpa Bilczewskiego. Ks. Boguta zaczął odprawiać w tej intencji nowennę do św. Józefa.
Imponującą 72-metrową wieżę budowali sami parafianie pod kierunkiem jednego majstra - opowiada ks. prałat Michał Boguta. - Codziennie przychodzili inni mężczyźni i młodzieńcy do budowy. Prowadzone na dużych wysokościach prace były bardzo niebezpieczne.
W modlitwie polecałem słudze Bożemu sprawę budowy wieży, prosiłem go również, żeby pilnował bezpieczeństwa pracujących przy jej wznoszeniu osób. I faktycznie, pomimo różnych zdarzeń prace budowlane zakończyły się pomyślnie.
Jedno z wydarzeń, które zdarzyło się już po zakończeniu budowy mogło zakończyć się wielką tragedią. To, że tak się nie stało wilamowianie zgodnie uznali za dowód łaski wyproszonej u Boga za wstawiennictwem sługi Bożego.
W niedzielę podziękowałem Panu Bogu przez wstawiennictwo Sługi Bożego Arcybiskupa Bilczewskiego za wybudowanie wieży i za szczęśliwy przebieg tej budowy. Przy wieży pozostało jednak jeszcze jedno, wysokie na 15 metrów rusztowanie, które należało rozebrać - opowiada ks. prałat Boguta. - Zabraliśmy się za to w środę. Było nas sześciu mężczyzn a wśród nich także ja. W pewnej chwili przez nieuwagę jeden z mężczyzn niewłaściwie odbił zabezpieczenie i całe rusztowanie - razem ze stojącymi na różnych wysokościach robotnikami - runęło na ziemię. Stałem wtedy na dole. Widząc spadające rusztowanie zacząłem uciekać. Ale nie zdążyłem. Rusztowanie zwaliło się także i na mnie.
Słowa proboszcza potwierdza 81-letni Antoni Wilczek: - Kiedy rusztowanie runęło, ja stałem z boku. Udało mi się uciec. Uskoczyłem i widziałem jak rusztowanie leci w dół razem z ludźmi i przygniata proboszcza.
Belki i deski spadły tak szczęśliwie, że znalazłem się w otworze, w którym tylko jeden człowiek mógł się zmieścić. I nic mi się nie stało. A przecież wystarczyło, żeby jedna z belek uderzyła mnie w głowę i mogłem zginąć albo zostać kaleką do końca życia - kontynuuje swą opowieść ks. prałat Boguta. - Pozostali mężczyźni też wyszli z tego bez najmniejszego uszczerbku. Zaproponowałem wtedy, żebyśmy poszli do kościoła podziękować za to i pomodlić się. Myślę, że to Ks. Arcybiskup strzegł nas do końca. Nie wypadało, żeby coś się stało, skoro w niedzielę tak uroczyście dziękowaliśmy mu za pomyślną budowę.
Małgorzata Pabis, Henryk Bejda źródło: Cuda i Łaski Boże
|